czyli słów kilka o tym, jak Ojciec troszczy się o swoją córkę.

Spotkanie Komórek Parafialnych, które odbyło się w Mediolanie, było dla mnie początkiem dwutygodniowego urlopu i niesamowitej przygody.

W czasie długiej podróży do Włoch wszyscy w busie zastanawiali się, co nas czeka w stolicy Lombardii? Co zobaczymy po drodze? Jak zostaniemy przyjęci? Jak funkcjonują PKE w innych krajach? – ile osób, tyle pytań. Ja jednak wybiegałam nieco w przyszłość i myślałam już o kolejnej części mojej podróży, tj. o momencie, w którym miałam opuścić grupę i udać się w samotną wyprawę
na Półwysep Iberyjski.Jak przeżyję noc na lotnisku w Mediolanie? Czy nie spóźnię się, na któryś
z samolotów (w ciągu tygodnia czekało mnie 5 lotów)? Czy dogadam się w Portugalii, nie znając języka? Wątpliwości było sporo, ale z każdym dniem stawałam się coraz spokojniejsza.

Już podczas pierwszego poranka w busie, kiedy rozważaliśmy Słowo Boże, usłyszałam, o tym, jak Jezus wyprzedzał swoich uczniów w drodze. Dla mnie był to znak, że On szykuje mi coś niesamowitego tam, w dalekim Porto, u wybrzeży Atlantyku. I tak też się stało! Wcześniej jednak zadbał o to, abym nie musiała spać na lotnisku. Włoch, u którego nocowaliśmy, kiedy dowiedział się
o moim pomyśle spędzenia nocy na lotnisku, stwierdził, że odwiezie mnie tam, pomimo niedogodnej pory i sporej odległości. Ostatecznie jego syn stawił się po mnie o 3:30, abym po godzinie drogi mogła spokojnie oczekiwać swojego porannego samolotu.

Pierwszym przystankiem na mojej drodze był Madryt. Tam zatrzymałam się u zaprzyjaźnionych Oblatek, aby następnego ranka wyruszyć do Portugalii. W Polsce nie mogłam nigdzie znaleźć planu miasta Porto, więc poleciałam bez mapy. Miałam nadzieję, że kupię ją w stolicy Hiszpanii, ale i tam nie udało mi się jej zdobyć. No, ale czy Bóg nie troszczy się o swoje dzieci? Kiedy weszłam na hol lotniska w Porto, zaraz naprzeciwko mnie stanęła kobieta, która rozdawała plany miasta. Poczułam wówczas, że nie jestem tam sama i On chce podróżować ze mną, bo przecież zapraszałam Go do tego w swoich modlitwach.

Moim marzeniem było udanie się nad Atlantyk, aby przy szumie fal odpocząć i naładować nieco akumulatory. Tym razem także na mojej drodze pojawiły się osoby, które pomogły mi dostać się do upragnionego miejsca. A gdy wysiadałam na docelowej stacji, spotkałam pewnego Koreańczyka. Okazało się, że on także wybiera się na plażę i ma w planach przejść wzdłuż wybrzeża, aby przy końcu drogi wsiąść w tramwaj i dojechać do miasta. Pokazał mi całą trasę na mapie i powiedział, że wbrew pozorom,  jest ona do przejścia w stosunkowo krótkim czasie. Pomyślałam sobie: „Świetny plan!” Jednak był to już tydzień mojej podróży, więc zmęczenie dawało o sobie znać. Postanowiłam zatrzymać się w jednej z restauracji na plaży, aby coś zjeść i odpocząć, a koreański turysta poszedł swoją drogą. Czułam jednak, że wskazana przez niego trasa jest dla mnie swoistym zaproszeniem od Pana Boga. Dlatego po dłuższym odpoczynku postanowiłam wyruszyć w drogę. Widoków, które tam ujrzałam nie zapomnę do końca życia! To naprawdę było dla mnie spotkanie z Bogiem.
We wzburzonych falach oceanu mogłam dostrzec piękno i moc Stwórcy. Radość napełniła moje serce!
Z uśmiechem na twarzy szłam przez kolejne kilometry. A gdy po kilku godzinach doszłam do przystanku tramwajowego, usłyszałam za swoimi plecami „Hello!”, okazało się, że to spotkany wcześniej Koreańczyk, który okazał się dla mnie aniołem tj. posłanym przez Boga.

Tego samego dnia czekało mnie kolejne niesamowite spotkanie. W hostelu, w którym się zatrzymałam, poznałam Brazylijkę, która właśnie wracała z Camino de Santiago. Wiedząc, że w drogę do grobu św. Jakuba wybierają się też osoby, które jedynie pragną sprawdzić swoje siły fizyczne
i przeżyć jakąś przygodę, zapytałam się jej czy jest osobą wierzącą. Jednak ona nie zrozumiała mojego pytania, bo mówiła jedynie po portugalsku, a ja po hiszpańsku. Dlatego spytałam czy Bóg jest dla niej ważny. W tym momencie jej oczy napełniły się łzami, zaczęła opowiadać o obecności Boga, którą czuła podczas podróży, o dobrych ludziach, których spotkała i pokoju, który wypełnia jej serce. I choć nie mogłam zrozumieć każdego słowa, wiedziałam, że te trzy tygodnie, które przeżyła w drodze, były początkiem jej nowego życia.

Następnego dnia udałam się do Fatimy. Tam z kolei mogłam powrócić do swojej prostej, dziecięcej wiary. A wiąże się to z pragnieniem, które miałam jako dziesięcioletnia dziewczynka. Gdy w mojej parafii odbywało się nawiedzenie figury Matki Boskiej Fatimskiej, ja bardzo chciałam ją ujrzeć. Jednak nie było mi to dane i rozpaczałam z tego powodu. Chociaż Matka Boska odjechała mi wówczas, ja teraz mogłam przyjechać do niej. Największe wrażenie zrobiła na mnie Ekspozycja Światło i Pokój, a podczas puszczanego tam filmu o objawieniach fatimskich, zrozumiałam, że Ona była przy mnie, zwłaszcza w tych najtrudniejszych chwilach. I choć jej figura wyjechała z mojego miasta, to Ona wcale mnie nie zostawiła samą. Było to mocne doświadczenie, a chwilę później mogłam przejść kolejne kilometry do pobliskiej wioski, w której ostały się domy Hiacynty, Franciszka i Łucji. Prostota tych budynków pokazuje, co naprawdę jest ważne w życiu i że nie trzeba mieć wiele, aby być szczęśliwym. Wybudowana w pobliżu Kalwaria była dla mnie miejscem odpoczynku, modlitwy i spotkania kolejnych dobrych ludzi.

Fatima, a później Lizbona i Madryt były kolejnymi miastami, w których Pan Bóg posyłał mi swoich aniołów! Były to między innymi hiszpańskie kobiety, które chciały podzielić się swoim posiłkiem, portugalskie zakonnice, które podarowały mapę i poprowadziły do kaplicy, Polak, który wskazał jak dość do domów fatimskich dzieci, Hiszpan, który w Madrycie pomagał mi otwierać bramę w środku nocy, a także warszawskie małżeństwo, które doprowadziło mnie do odpowiedniego przystanku, traktując niemal jak własną wnuczkę. W ludziach jest dobro! Bóg jest dobry!

Za każdym razem, gdy opowiadam o swojej podróży, wracają do mnie słowa Psalmu: „…swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach”